To tylko fanfik, proszę się nie burzyć, tak wyszedł xD
Z filmu tmnt 2014 jak ktoś nie widział, proszę ogarnąć.
Moment porwania żółwi z kanałów.
Jedynym porwanym żółwiem był Mike, który jak zwykle się wydurniał i dostał kilka strzałów w skorupę.
Donny w porę odpalił jakieś działko, dzięki czemu uratował resztę rodziny i O’neil.
- Mikey!- krzyknęli wszyscy.
Niestety żółw był już nieprzytomny, a reszta była wyczerpana walką. Musieli jak najszybciej obmyślić plan ratunku dla brata…
Pół godz później, labo Shreddera
Mike został włożony do kapsuły, chwilę później podłączyli mu jakieś rurki i zaczęli odurzonemu mutantowi wysysać życie z ciała.
Karmazynowa ciecz szybko napełniała pojemnik potrzebnym antidotum.
Kilka minut potem stracił przytomność, jego funkcje życiowe drastycznie zmalały, dając mu tylko siły na płytki oddech i wolną pracę serca.
Bracia wraz z mistrzem i April uzgodnili plan.
(Dalej akcja tak jak w filmie, do momentu wejścia do labo)
Ich brat był już na skraju sił, jego ciało było jak kukła.
Odbili go w ostatniej chwili. Jego krew została gdzieś wyniesiona, jednak nie mieli czasu aby jej szukać, musieli szybko go odbić i zatamować krew.
Dotarli do vana, Dony zmienił wygląd bryki, po czym śmignęli ulicami NY niczym cień.
- Wyjdziesz z tego, obiecuję…- szepnął Raph
^^^
Dotarli do domu kilka minut później. Po ataku Stopy nie był on w dobrym stanie. Wzięli z niego tylko niezbędne graty, zapakowali i ruszyli poszukać nowej kryjówki.
http://doodledumble.deviantart.com/art/Dr-Donnie-384526699
April cały czas czuwała przy Mike’u. Jego stan nie był najlepszy, ale musiał poczekać na diagnozę.
Kanały to cudowne miejsce, rozległe niczym metro NY. Na szczęście szybko znaleźli tymczasowe lokum, daleko od zgliszczy starego…
Ranny żółw w mig przeszedł badanie, które miało ustalić jego szanse na przeżycie.
- 20% - zawyrokował Donnie po wykonaniu kliku obliczeń- tylko 20 procent…- dodał, jakby to miało jakkolwiek poprawić sytuację.
&&&
Przez kolejne dni Mike był pod kroplówką, dwa razy Dony musiał używać sprzętu aby odratować brata, ponieważ jego serce było słabe po stracie tak dużej ilości krwi.
Pod koniec miesiąca stan chorego zaczął się powoli poprawiać, co ucieszyło rodzeństwo.
Splinter odprawił jakieś modły nad synem, odpalił kadzidła i próbował go napoić herbatą z leczniczych ziół- niestety Mike miał odruch wymiotny, przez co wszystko co przyjął się zmarnowało.
W połowie kolejnego miesiąca Mike zaczął majaczyć i miał koszmary o tym, co go spotkało.
Raph i Leo robili wszystko, aby za bardzo się nie uszkodził w trakcie tych ataków. Dony podawał mu wtedy leki uspokajające.
Wybudził się dopiero pod koniec miesiąca, był jeszcze słaby, nic nie mówił. Jego plan dnia obejmował leki, kroplówki, krótkie stany świadomości i sen.
W czasie leczenia Mike’a Shredder dokonał planu, przez co zarobił sporą sumkę.
Żółwie ani myślały z nim walczyć, bo dostałby tylko szansę na więcej mutagenu, co mogliby przypłacić życiem.
Dni mijały, stan Mike’a poprawił się na tyle, że mogli ukryć się w lepszym miejscu, z dala od kanałów.
April zaproponowała swoje mieszkanie, jednak było ono zbyt oczywiste.
Keisi w końcu błysnął i przenieśli się na odludzie, do domku jego babki.
Fizycznie Mike po kolejnej- już świadomej-przeprowadzce czuł się dobrze, niestety jego psychika mocno ucierpiała.
Kiedy przez przypadek ktoś z obecnych zaciął się podczas przygotowywania jedzenia bądź na treningu, on panikował i chował się w najbliższe bezpieczne wg niego miejsce.
Ojciec starał się mu pomóc podobnie jak bracia, ale on zamykał się w sobie od razu, jak poruszali TEN temat.
-Keisi, nie wiem co robić, chcę mu pomóc…- lamentowała April pewnego letniego dnia.
- Jak on nie pozwoli sobie pomóc, to my nic nie zrobimy…- burknął, wkurzony tą sytuacją- Ile można mieć deprechę?
- O czym gadacie?- zapytał Raph, wchodząc z Leo po treningu.
- O Mike’u- odpowiedziała Ruda.
- Gdyby on się wtedy tak nie wydurniał to może by było lepiej, za bardzo wszystkich prowokował- zawyrokował Keisi.
- On już taki nie jest- wtrącił smutno Raph.
- Czasem aż mi tego brakuje- dopowiedział Leo.
- W ogóle to gdzie on jest?- spytał Jones
- W lesie ze Splinterem, podobno medytują czy coś- powiedział Raph.
- Po co? Wątpię, żeby to pomogło…- dodała April.
Dony kończył grzebać przy vanie, kiedy mistrz wraz z Mikie’m wrócili.
W domu dalej toczyła się rozmowa na jego temat. Wszyscy siedzieli w kuchni, nie słyszeli jak szczur wszedł do salonu wraz z nim.
Po chwili Mike się odezwał, wkurzony po raz pierwszy od zawsze.
- Co wam odbiło?! Chcecie na siłę mnie uszczęśliwiać, ha! Czasem myślę, że lepiej było umrzeć, Raph miałby z głowy niewygodny ciężar!- wypalił bez namysłu, za co dostał od wspomnianego brata z rozpędu w brzuch. Zatoczył się zemdlony, potknął się o coś i przywalił w mosiężny piec.
Momentalnie dostał drgawek, brocząc podłogę krwią z rozciętej głowy.
Po chwili wszystko ustało.
- DONIE!- zawołał z rozpaczą Leo, biegnąc do Mike’a.- APTECZKA, SZYBKO!
W ciągu minuty naukowiec przyniósł co trzeba. Szybko go opatrzyli, a Raph dostał karny trening kolejno od każdego po godzinie.
Niedoszły nieboszczyk zapadł w śpiączkę. Obudził się dwa dni później, nie pamiętając nic z ostatnich miesięcy, wiedział tylko, że łeb go bolał jak po kacu xD.
- Co się ze mną działo? Nic nie pamiętam…- zapytał wchodząc do salonu.
Wszyscy spojrzeli na niego jak na debila, którym był :p
- Eee… chyba za mocno oberwał…- zawyrokował Raph
- Tiaa… ziom ile widzisz palców?- spytał Keisi
- No… pięć?
Żółw dostał pizzę i herbatę, potem opowiedzieli mu w skrócie co i jak, słuchał w milczeniu.
Przez resztę dnia miał rozminę nad swoim życiem. Poszedł do lasu pomedytować, nikomu o tym nie mówiąc.
Podczas medytacji ujrzał to, co mu się przydarzyło i to, jak zamienia się w mroczną wersję siebie, z bliznami i mordem w oczach.
Wybudził się z tego letargu i szybko skierował się do braci. Jego oczy widziały więcej, niżby chciał.
Leo jak zwykle trenował, Raph z Donym ulepszali vana, Splinter, Kejsi i April robili obiad.
Wyglądało, jakby nie zauważyli. Ile czasu go nie było?
Zaczął szukać swoich rzeczy, czy w ogóle tu były?
- Zabraliście coś mojego?- zapytał po chwili.
- Nie wiem, nie było czasu…- odpowiedziała April
- Aha- bąknął. Dawniej zrobiłby aferę, że nie ma swoich komiksów, gier. Teraz go to tak nie obchodziło. Cały czas miał w pamięci tą medytację. Raczej prędko tego nie zapomni…
Poszedł do vana, choć za bardzo nie wierzył, że coś tam znajdzie.
- Co robicie? – zapytał, choć to było tak oczywiste.
- Pieczemy babeczki!- jasne, Raph nie byłby sobą…- chcesz jedną? – wyjął rękę ubrudzoną czymś.
- Mikey, szykujemy się w podróż- odpowiedział Dony.
- Gdzie? – zapytał jakby wybierali się w kosmos.
- Do babci na urodziny!- kolejny przebłysk sarkazmu.
Majki rzucił w niego kawałkiem drewna- nic lepszego nie miał pod ręką- po czym, pełen pogardy dla brata, poszedł do Leo.
Cdn….
Nie jest tego dużo, ale zawsze w wordzie się wydaje więcej :p
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz