piątek, 20 stycznia 2017

DeiSaso cz II

- Jak to muzeum mogło mnie tak potraktować?! – wrzeszczał Dei idąc w stronę kawalerki.
- Cicho, może wyniesiemy się do twoich starych?- zaproponował Saso.
- Nie!- burknął- oni jeszcze nie wiedzą…
- Nie powiedziałeś im?! – foch
- Sasori, oni żyją w innej epoce, nie zniosą tego! Zamiast nas przyjąć wyrzucą i mnie wydziedziczą! A co z twoją rodziną?
- Hm…- błysk w oku- a gdybyś tak się przebrał?
- COOO?!
- Masz długie włosy, piskliwy głos, więc czemu nie?
- Czemu nie?! Ja ci powiem czemu nie! Bo się NIE zgadzam!
- No to co? Bo nie mamy innego wyjścia… Sprzedamy kawalerkę, a potem…

Dei miał dosyć. Poszedł do pokoju, czerwony ze złości.
W końcu po wielu namowach zgodził się.
Więc udali się rano po kieckę, która pasowałaby blondynce xD
( Muszę to narysować, bo Google takie biedne)


Przeszli kilka sklepów w galerii, ale :
Albo za duże,
Albo za małe,
Albo durne,
Albo ….
W końcu, po 3 godzinach, kupili niebieską kiecę z kokardą za 200 zł w promocji.

Następnego dnia wyprowadzili się, dali ogłoszenie i zabrali manatki.
Saso poprzedniego dnia wieczorem zadzwonił do starych ( tu oni żyją) i musiał odpowiadać na pytania :
Ile się znacie? – pół roku ( byli parą)
Jak wygląda? – blondynka, chuda bla bla bla
Ile ma lat? – jest w moim wieku
Jak się nazywa?- Diana
Znasz jej rodziców?- rozmawialiśmy przez telefon, jeszcze nie osobiście
I wiele, wiele innych (matka- nic nie trzeba mówić xD).

Musieli dokupić jeszcze kilka sukienek, poszli do lumpexu, oraz kilka staników- gdzieś Dei… ehem… Diana musiał(a) gdzieś upchać srajtaśmę.

Po kolejnych zakupach udali się do przyszłych teściów.
- Denerwujesz się?- spytał rudy.
- A jak myślisz?!
- Robimy to, bo ….
- Tak tak, tak. Nie powtarzaj się!
Wysiedli z autobusu i od tej pory Dei musiał utrzymywać pogodną minę.
Otworzyła im matka, ojciec przyszedł po chwili ustawić bagaże w przedpokoju.
- Wchodźcie, zaraz podam herbatę.- zwróciła się do dziewczyny- a ty kochana nie wstydź się, przecież Sasiu nam o tobie opowiadał.
- Sasiu?- wymknęło się Dianie, na szczęście piskliwym głosem. Będzie miał z niego niezłą bekę! Odpłacę mu się za te sukienki i cyckonosze, buahahaha!
– Dz-dziękuję pani.- ukłonił się lekko
Podczas kolacji Diana nie wiedziała co zrobić ze sobą. Dziubała w sałatce jakby szukała w niej odpowiedzi na CO JA KU*WA TU ROBIE?!
- Diano, powiedz, używasz jakiegoś makijażu? – spytała matka.
- Ehu ehu!- zakrztusiła się pomidorem- raczej nie, chyba że jest okazja.
- Diana jest niezwykła, uwierz mi mamo.- rzekł Saso, po czym Dei posłał mu wdzięczne spojrzenie – tak wiele potrafi zrobić… swoimi dłońmi.- dokończył. Tym razem spojrzenie chłopaka mówiło : Już nie żyjesz!
Potem ojciec rudzielca zaczął nawijać o samochodach i motoryzacji. (xD jakby to kogoś obchodziło).
Sasori pomógł pozmywać, przez co Dei był skazany na jego ojca.
Uśmiechał się głupio, a starszy czytał gazetę.
- Masz jakieś hobby?- spytał ją/go nagle.
- Eee… pracuje jako model..ka…
- Ohoho gdyby moja żona zobaczyła, że oglądam jakieś modelki… fiu fiu!- wyszczerzył się.

Dni mijały. Dei czasem był bliski, aby zabić rudego. Wchodził do łazienki gdy blondi był pod prysznicem- zawał murowany. Za każdym razem Dei czuł, że siwieje.

- Jak ty tak możesz?! Jeszcze chwila a nie wytrzymam i po prostu przebiegnę nago po domu niech se popatrzą! – jego desperacja sięgała limitów godnej egzystencji.
- Oj nie dramatyzuj, nikt cię nie nakryje.
- Pfff…- mruknął. Najgorsze były wyjścia na miasto. Wtedy bał się, że ktoś z jego kumpli go pozna, a wtedy…
- To przemaluj włosy, może na fiolet? – zaproponował Akasuna
- hm, w sumie… - poszli wieczorem „na randkę” do drogerii. Wybór był duży, wybrali kilka saszetek tej samej farby i przed snem Dei był już inną dziewczyną.
Niestety rano włosy były granatowe, ale to już nie miało dla niego znaczenia- Ważne, że miały inny kolor.


Jak zwykle rano układał włosy w łazience w samych gaciach (przyzwyczajenie z kawalerki), gdy nagle…. Weszła matka Sasia! Krzyku, jaki z siebie wydała, nie powstydziłby się Freddy Krugger.
Wybiegła z łazienki, a tato i synuś już stali w korytarzu, gotowi zaatakować zboczeńca.
Po tym jakże niefortunnym zdarzeniu z samego rana Sasiu musiał poważnie pogadać z rodzicami. Jego „dziewczyna” strzeliła buraka.
- Synu…- zaczął tata- to, że masz chłopaka, nie znaczy, że zaraz masz się tego wstydzić… ale liczymy na wnuki- wypalił.
- To zróbcie se dzieciaka, bo on raczej nie zrobi nic co ma ręce i nogi…- walnął Dei.
Matka odczekała chwilę, taka dawka szczerej głupoty musi doczekać się riposty.
- To ty, mój drogi, miałeś mieć dzieci. Choć chętnie pomyślimy o tym, co powiedziałeś ^^.
- Mamo, nie kłóćcie się, wiem, że chcesz mieć wnuka, może propozycja Deidary nie jest taka zła? W końcu jeszcze możecie….

Ta rozmowa gładko się potoczyła, jak tylko młodzi poszli spać (oczywiście w osobnych pokojach, co z tego że to faceci xD) starzy wzieli się do roboty.

Saso na wiosnę miał brata i siostrę- Kimiko i Saichi’ego (jestem kiepska w wymyślaniu imion).
Dei ze swoim szczęściem blondynki wygrał na loterii, dzięki czemu mieli hajsy na nowe mieszkanie bez polskiego monitoringu ( mocherów) i jeszcze sporo im zostało.
Dei i jego partner otworzyli szkołę dla przyszłych modeli i modelek (Tap Madl) oraz wspierali też swoje rodziny.
Ta zwariowana historia zakończyła się szczęśliwie, mimo niezbyt miłego początku.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

tmnt ff film cz 2

CZ II
Mike’owi serce waliło jakby ktoś chciał go zabić. Wolnym krokiem zmierzał do lidera.
- Hej, co tam?- zapytał Leo, ćwicząc.
- Hej…- chwila ciszy- czy można zmienić przeznaczenie?
- Skąd nagle- uderzenie w drzewo- takie pytanie?- skończył trening, skupiając się na bracie.
- Bo…- jak miał mu powiedzieć, co widział?- miałem dziwny sen no i … - znowu się zaciął.
- Sny nie są prawdziwe, Mike- pocieszał Leo.
- Ale ten był! Ja… widziałem swoją przeszłość i… to co się stanie!- spuścił wzrok, szepcząc- nie chcę was skrzywdzić…
Odszedł od niego, jakby chciał się pozbyć problemu. Szybko, bezboleśnie. Tak zrobi.
Następnego dnia już go nie było. Jego rodzina szukała go, na nic.
Mike wrócił do ich dawnej kryjówki. Wziął swoje rzeczy- to, co ocalało- i ruszył przed siebie, nie patrząc w tył.
Szczęśliwa przeszłość nie wróżyła dla niego dobrej przyszłości. Musiał coś potwierdzić, możliwie szybko.


Dwa dni po zniknięciu brata żółwie wróciły do kanałów. Splinter postanowił poradzić się Daimio, jak to zwykł robić w tak trudnych chwilach.
Leo i Raph uprzątnęli ile się dało, Dony próbował uruchomić cokolwiek.
^^^
Majki był już w paszczy lwa. Kwestią czasu było kiedy szczęki się zacisną.
- Szreder, wyłaź!- krzyczał, idąc korytarzem do windy. Wiedział, gdzie go znajdzie.
Dziwnie szybko udało mu się dostać do celu. Siedział w swoim fotelu, tyłem do drzwi.
- Wiedziałem, że wrócisz…- odwrócił się w jego stronę- skujcie go!
Jego goryle już go unieruchomiły- Czekaj!- zawołał- Odpowiedz co mi zrobiłeś, a potem możesz ze mną zrobić, co chcesz! (kurde dziwnie brzmi xD).
- Dobrze, masz minutę- orzekł Orokusaki.
- Czy ty mi coś wszczepiłeś podczas porwania kilka miesięcy temu?
- Jednak nie jesteś aż tak głupi, jak myślałem.
- Co to było?
- Eksperyment, który zmienia ofiarę w potwora.- spojrzał na zegar- twój czas minął.
Zabrali go stamtąd, zabierając ostatni promień światła w jego życiu.
- Jeszcze będziesz współpracować, mutancie- usłyszał zanim go uśpili.

- Gdzie on może być?!- pytał Raph kolejny raz waląc w worek treningowy.
- Wszędzie…- powiedział lider, czego zaraz pożałował. Wściekły brat rzucił się na niego.
- Ty coś wiesz? Od tygodnia go szukamy, Don prawie nie śpi, a ty milczałeś?! Gadaj! Bo…
- Rafaelu!- Splinter wszedł do Sali głównej.
Leo opowiedział to, co usłyszał od zaginionego brata. Niewiele to wyjaśniało…
- Znaczy, że gdzie on może być? – pytała April.
- Sądząc po tym, że przeszukaliśmy już wszystko co się dało, oprócz budynku Szredera, Majk musi być tam. I nie sądze, żeby był tam nazbyt szczęśliwy- Dony przetarł zmęczone oczy- ruszymy tam jak się wyśpię, bo w tym stanie niewiele zdziałam.
Więc musieli jeszcze kilka godzin przemilczeć.


Majki po raz kolejny brutalnie budzony przez Huna milczał jakby mu zszyli usta.
Mimo wielu zastrzyków, które go otumaniły, zachował resztki zdrowego rozsądku.
- Gdzie jest reszta tych mutantów, gadaj!- kilka ciosów w szczękę jednak nie zmusiło żółwia do współpracy. Poleciała krew. Jego oczy co chwilę się zamykały.
- Nic… nic ci n-nie poowi-iem- stękał między kolejnymi ciosami.
Kolejny pozbawił go przytomności, po raz kolejny od ponad tygodnia był szczęśliwy z tego powodu.


Ruszyli o świcie, kiedy jeszcze nikogo nie było na ulicach. Raph gnał jakby go pogryzły skorpiony, czyli jak zwykle.
Żeby tylko zdąrzyć, byle by nie było za późno- powtarzał to w myślach jak mantrę z nadzieją, która gasła.
Kilka minut później spotkali Szredera przed jego posiadłością.
Chęć ratunku dla brata przezwyciężyła strach przed złapaniem. Raph był tak nabuzowany, że pokroił Szredera jak szynkę. Leo zajął się płotkami, a Dony z miszczem i April ruszyli do środka.
Keisi został na czatach ze swoim kolegą bejsbolem.

Przemierzali kolejne pomieszczenia niczym Naruto w kryjówce Orochimaru. Po przeszukaniu kolejnych pięter musieli zrobić przerwę.
W tym czasie Majki przyjmował kolejną porcję trucizny od Huna.

Rozdzielili się : Leo przeszukiwał piwnice, April i szczur wyższe piętra a Raph i Don gnali na samą górę.
- Gdzie on jest? – myśleli gorączkowo.
Był obok gabinetu szredera, Leo miał fart wejść, kiedy Hun wychodził z sekretnego pomieszczenia.
Lider podbiegł do niego zanim drzwi się zamknęły i z kopa go powalił, wszedł do środka.
Uderzył go zapach krwi i nikłe światło od świecy w rogu. Wziął ją i powoli obszedł pokój.
- Don, Raph, April, znalazłem go! Jest obok gabinetu Szredera! – wziął brata na skorupę i szybko wybiegł, przy okazji oddając Hunowi raz jeszcze.
Młodszy brat nie reagował na głos starszego.
- Co ten drań (Huj xD) ci zrobił? Grrrr.
Dwie minuty później wszyscy spotkali się na parterze, cicho czmychnęli do vana.
Podczas drogi powrotnej nikt się nie odzywał.
Od razu po powrocie Dony spiłował ostrożnie kajdany z kończyn Majka, przyprawiając wszystkich o ból głowy ( to jak piłowanie paznokciami po tablicy).
Majki zaczął coś majaczyć, jednak był nieprzytomny.
To, co Donny znalazł w jego krwi służyło do wymuszania informacji poprzez wyniszczanie organizmu ofiary.


Dializy trwały około tygodnia, po tym czasie gorączka spadła, Majki się wybudził.
Zapach świeżej pizzy szybko go ocucił.
- Spokojnie, nikt ci tego nie zabierze!- żachnął Raph, podchodząc do brata.
Jednak Majkowi nie było do śmiechu.
- Po tygodniu głodówki ty pewnie byłbyś normalny, co? – zapytał z żalem w głosie.
To pytanie było z rodzaju tych, na które nie ma odpowiedzi.
- W ogóle co ci odwaliło, żeby tam iść?- Raph stąpał po coraz cieńszym lodzie.
- Chciałem was ratować, żałujesz?
Te oczy, które kiedyś się śmiały. Teraz były puste jak lodówka studenta.
(Swoją drogą a propos, czemu żółwie w wersji z 2003 roku w maskach nie mają tęczówek jak są dorosłe a jak zdejmą i jak były młodsze to mają? Wtf?)

Dla porównania obrazki :


Wiem, że smutne jak nie wiem co xD


A oto Don z zębami jak u królika :


Ogłoszenie : Następne opo będzie kontynucją DeiSaso (tak, fuck logic)

sobota, 7 stycznia 2017

Tmnt ff film

To tylko fanfik, proszę się nie burzyć, tak wyszedł xD
Z filmu tmnt 2014 jak ktoś nie widział, proszę ogarnąć.

Moment porwania żółwi z kanałów.

Jedynym porwanym żółwiem był Mike, który jak zwykle się wydurniał i dostał kilka strzałów w skorupę.
Donny w porę odpalił jakieś działko, dzięki czemu uratował resztę rodziny i O’neil.
- Mikey!- krzyknęli wszyscy.
Niestety żółw był już nieprzytomny, a reszta była wyczerpana walką. Musieli jak najszybciej obmyślić plan ratunku dla brata…
Pół godz później, labo Shreddera
Mike został włożony do kapsuły, chwilę później podłączyli mu jakieś rurki i zaczęli odurzonemu mutantowi wysysać życie z ciała.
Karmazynowa ciecz szybko napełniała pojemnik potrzebnym antidotum.
Kilka minut potem stracił przytomność, jego funkcje życiowe drastycznie zmalały, dając mu tylko siły na płytki oddech i wolną pracę serca.
Bracia wraz z mistrzem i April uzgodnili plan.
(Dalej akcja tak jak w filmie, do momentu wejścia do labo)
Ich brat był już na skraju sił, jego ciało było jak kukła.
Odbili go w ostatniej chwili. Jego krew została gdzieś wyniesiona, jednak nie mieli czasu aby jej szukać, musieli szybko go odbić i zatamować krew.
Dotarli do vana, Dony zmienił wygląd bryki, po czym śmignęli ulicami NY niczym cień.
- Wyjdziesz z tego, obiecuję…- szepnął Raph
^^^
Dotarli do domu kilka minut później. Po ataku Stopy nie był on w dobrym stanie. Wzięli z niego tylko niezbędne graty, zapakowali i ruszyli poszukać nowej kryjówki.
http://doodledumble.deviantart.com/art/Dr-Donnie-384526699
April cały czas czuwała przy Mike’u. Jego stan nie był najlepszy, ale musiał poczekać na diagnozę.
Kanały to cudowne miejsce, rozległe niczym metro NY. Na szczęście szybko znaleźli tymczasowe lokum, daleko od zgliszczy starego…
Ranny żółw w mig przeszedł badanie, które miało ustalić jego szanse na przeżycie.
- 20% - zawyrokował Donnie po wykonaniu kliku obliczeń- tylko 20 procent…- dodał, jakby to miało jakkolwiek poprawić sytuację.
&&&
Przez kolejne dni Mike był pod kroplówką, dwa razy Dony musiał używać sprzętu aby odratować brata, ponieważ jego serce było słabe po stracie tak dużej ilości krwi.
Pod koniec miesiąca stan chorego zaczął się powoli poprawiać, co ucieszyło rodzeństwo.
Splinter odprawił jakieś modły nad synem, odpalił kadzidła i próbował go napoić herbatą z leczniczych ziół- niestety Mike miał odruch wymiotny, przez co wszystko co przyjął się zmarnowało.
W połowie kolejnego miesiąca Mike zaczął majaczyć i miał koszmary o tym, co go spotkało.
Raph i Leo robili wszystko, aby za bardzo się nie uszkodził w trakcie tych ataków. Dony podawał mu wtedy leki uspokajające.
Wybudził się dopiero pod koniec miesiąca, był jeszcze słaby, nic nie mówił. Jego plan dnia obejmował leki, kroplówki, krótkie stany świadomości i sen.
W czasie leczenia Mike’a Shredder dokonał planu, przez co zarobił sporą sumkę.
Żółwie ani myślały z nim walczyć, bo dostałby tylko szansę na więcej mutagenu, co mogliby przypłacić życiem.
Dni mijały, stan Mike’a poprawił się na tyle, że mogli ukryć się w lepszym miejscu, z dala od kanałów.
April zaproponowała swoje mieszkanie, jednak było ono zbyt oczywiste.
Keisi w końcu błysnął i przenieśli się na odludzie, do domku jego babki.
Fizycznie Mike po kolejnej- już świadomej-przeprowadzce czuł się dobrze, niestety jego psychika mocno ucierpiała.
Kiedy przez przypadek ktoś z obecnych zaciął się podczas przygotowywania jedzenia bądź na treningu, on panikował i chował się w najbliższe bezpieczne wg niego miejsce.
Ojciec starał się mu pomóc podobnie jak bracia, ale on zamykał się w sobie od razu, jak poruszali TEN temat.
-Keisi, nie wiem co robić, chcę mu pomóc…- lamentowała April pewnego letniego dnia.
- Jak on nie pozwoli sobie pomóc, to my nic nie zrobimy…- burknął, wkurzony tą sytuacją- Ile można mieć deprechę?
- O czym gadacie?- zapytał Raph, wchodząc z Leo po treningu.
- O Mike’u- odpowiedziała Ruda.
- Gdyby on się wtedy tak nie wydurniał to może by było lepiej, za bardzo wszystkich prowokował- zawyrokował Keisi.
- On już taki nie jest- wtrącił smutno Raph.
- Czasem aż mi tego brakuje- dopowiedział Leo.
- W ogóle to gdzie on jest?- spytał Jones
- W lesie ze Splinterem, podobno medytują czy coś- powiedział Raph.
- Po co? Wątpię, żeby to pomogło…- dodała April.

Dony kończył grzebać przy vanie, kiedy mistrz wraz z Mikie’m wrócili.
W domu dalej toczyła się rozmowa na jego temat. Wszyscy siedzieli w kuchni, nie słyszeli jak szczur wszedł do salonu wraz z nim.
Po chwili Mike się odezwał, wkurzony po raz pierwszy od zawsze.
- Co wam odbiło?! Chcecie na siłę mnie uszczęśliwiać, ha! Czasem myślę, że lepiej było umrzeć, Raph miałby z głowy niewygodny ciężar!- wypalił bez namysłu, za co dostał od wspomnianego brata z rozpędu w brzuch. Zatoczył się zemdlony, potknął się o coś i przywalił w mosiężny piec.
Momentalnie dostał drgawek, brocząc podłogę krwią z rozciętej głowy.
Po chwili wszystko ustało.
- DONIE!- zawołał z rozpaczą Leo, biegnąc do Mike’a.- APTECZKA, SZYBKO!
W ciągu minuty naukowiec przyniósł co trzeba. Szybko go opatrzyli, a Raph dostał karny trening kolejno od każdego po godzinie.
Niedoszły nieboszczyk zapadł w śpiączkę. Obudził się dwa dni później, nie pamiętając nic z ostatnich miesięcy, wiedział tylko, że łeb go bolał jak po kacu xD.

- Co się ze mną działo? Nic nie pamiętam…- zapytał wchodząc do salonu.
Wszyscy spojrzeli na niego jak na debila, którym był :p
- Eee… chyba za mocno oberwał…- zawyrokował Raph
- Tiaa… ziom ile widzisz palców?- spytał Keisi
- No… pięć?

Żółw dostał pizzę i herbatę, potem opowiedzieli mu w skrócie co i jak, słuchał w milczeniu.
Przez resztę dnia miał rozminę nad swoim życiem. Poszedł do lasu pomedytować, nikomu o tym nie mówiąc.

Podczas medytacji ujrzał to, co mu się przydarzyło i to, jak zamienia się w mroczną wersję siebie, z bliznami i mordem w oczach.
Wybudził się z tego letargu i szybko skierował się do braci. Jego oczy widziały więcej, niżby chciał.
Leo jak zwykle trenował, Raph z Donym ulepszali vana, Splinter, Kejsi i April robili obiad.
Wyglądało, jakby nie zauważyli. Ile czasu go nie było?
Zaczął szukać swoich rzeczy, czy w ogóle tu były?
- Zabraliście coś mojego?- zapytał po chwili.
- Nie wiem, nie było czasu…- odpowiedziała April
- Aha- bąknął. Dawniej zrobiłby aferę, że nie ma swoich komiksów, gier. Teraz go to tak nie obchodziło. Cały czas miał w pamięci tą medytację. Raczej prędko tego nie zapomni…
Poszedł do vana, choć za bardzo nie wierzył, że coś tam znajdzie.
- Co robicie? – zapytał, choć to było tak oczywiste.
- Pieczemy babeczki!- jasne, Raph nie byłby sobą…- chcesz jedną? – wyjął rękę ubrudzoną czymś.
- Mikey, szykujemy się w podróż- odpowiedział Dony.
- Gdzie? – zapytał jakby wybierali się w kosmos.
- Do babci na urodziny!- kolejny przebłysk sarkazmu.
Majki rzucił w niego kawałkiem drewna- nic lepszego nie miał pod ręką- po czym, pełen pogardy dla brata, poszedł do Leo.

Cdn….

Nie jest tego dużo, ale zawsze w wordzie się wydaje więcej :p